Przeraża mnie fakt, że nie jestem prawie w stanie napisać cięgiem jednej noty i zastępuję to podpunktami, myślnikami i innymi przydatnymi przy wyliczaniu wynalazkami. Czas napisać notę, bo spóźniam się już trzeci tydzień. Póki nie wyleczę się z wyliczania sprawę zastąpić mi muszą akapity.
Akapit pierwszy. Czytając i oglądając twory innych członków społeczeństwa, śledząc ich poczynania i podziwiając dokonania na tyle szybko na ile pozwala mi niemrawe światło umysłu dochodzę do wniosku, że na jakimś etapie cofnęłam się widać rozwoju i teraz pokutuję swoją nieumiejętnością robienia czegokolwiek tak by było to "na poziomie". Do tego zalicza się również pisanie notek. Czas się odchamić, pytanie- w jaki sposób?
Akapit drugi. Nad mą głową wisi ściskające w dołku widmo pracy z angielskiego. Jako, że pani O., nowa nauczycielka, moja imienniczka i osoba posiadająca podobne książkowe zainteresowania co ja zadała nam pracę wykonania opowiadania, bądź scenariusza nie chciałabym jej zawieść pisząc coś zupełnie nieinteresującego. Obawiam się jednak, że jeśli cokolwiek napiszę będzie to wielkim osiągnięciem zważając, że nie mam żadnego pomysłu.
Trzeci i ostatni. Mój nieszczęsny plecak (zwany telewizorem) przerasta wymiary zwykłego jakieś trzy razy i dręczą mnie już kilka lat pytania, czy wszystko w nim noszę. Prawdę mówiąc prawie nic się w nim nie mieści. Przyświeca mi nowatorski plan doczepienia doń napisu "Tu noszę telewizor."
uczulona-na-czekolade 2005-11-17 08:28:38
skomentuj (3)

Jak zwykle nie posiadając żadnego porządnego pomysłu na temat notki- piszę ją. Nie ma szczególnych pomysłów co do treści, ale co będzie to się zobaczy, niewykluczone, że regularny gniot.
Będący aktualnie w trzech czwartych długi weekend spędzam:
-wydłubując spomiędzy zębów kawałeczki robionych namiętnie przez moją mamę grzanek z papryką i serem feta od czasu, kiedy powiedziałam, że nie lubię fety. Albo to sadyzm, albo mama chce mnie przyzwyczaić do smaku fety,
-dołując się i będąc pocieszana przez Kat i Moony'ego,
-pomagając utalentowanej Kat w założeniu konta na deviantarcie. TU PODZIWIAĆ jeżeli już w coś wstawiła,
-dla odmiany ciesząc się nowo nabytymi mitenkami,
-odpowiadając na zaczepki pewnej osoby na gg ("nudzi mi się", "nudzi mi się" oraz "nudzi mi się"),
-nudząc się, ale nie informując o tym swojej listy gg,
-planując kolejne projekty rysunków ubrań,
-stwierdzając, że bawełniane rękawiczki przegrzewają dłonie,
-pisząc bez sensu notki na blogu.
Wesołego Halloween, chociaż pani katechetka jest zdania, że nałożenie kapelusza czarownicy to czczenie szatana.
uczulona-na-czekolade 2005-10-31 20:03:15
skomentuj (3)
Złote myśli, rzec by można
Być może, jeśli poświęcę notkę ulubionej książce przestanę ją wszystkich napastować. Głównie o moim idolu:


Richard: Can I ask a question?
MDC: No. You don't ask any questions. You don't get any answers. You don't stray from the path. You don't even think about what's happening to you right now. Got it?
Richard: Excuse me. I know this is a personal question, but are you clinically insane?
MDC: It's very unlikely. Why?
Richard: Well, one of us must be.

MDC: I'd like to wish you the best in your future career, but I doubt you'll live long enough to have one.

MDC: Nice in a bodyguard is about as useful as the ability to regurgitate whole lobsters.

[Under threat of torture]
Richard: We don't matter. Don't set it free.
MDC: Actually I matter very much, but I have to agree. Don't do it.


I jak tu pana nie kochać, panie Markizie De Carabas?

Door: The Marquis de Carabas is a little bit dodgy in the same way that rats are a little bit covered in fur.
uczulona-na-czekolade 2005-10-29 16:49:48
skomentuj (1)
Dawna twórczość.
Kiedyś, dawno, dawno temu (szóstego czerwca tego roku) napisałam piewszą część pewnej historii.
Wiem, że nie mogę się uważać za młody talent w tej dziedzinie, ale robiłam to dla przyjemności, a w krótkim przypływie pewności siebie cytuję pierwszą notkę.

It Begins

Moth obudziła się.
Z wdziękiem pingwina zeszła po drabinie oddzielającej jej legowisko od podłogi, pochwyciła kostkę ubrań w barwach narodowych państwa, o którym miała zamiar robić prezentację i powlokła się do pokoju, gdzie mogła się w nie odziać.
Wykonawszy wcześniej wspomnianą czynność tylko dla reguły zajrzała w lustro i na swój widok zdecydowała się zachować zimną krew. Połknęła kilka kapsułek (tych, po których odbijało się rybą) i zabrała się za właściwe śniadanie. Spróbowała rozczesać chmarę kudłów, spojrzeć raz jeszcze w lustro (bo "z naszymi potworami trzeba walczyć" jak mawiają katecheci) poskładać zrobione wczoraj notatki i utworzyć z nich logiczną całość. Pochwyciwszy katanę i cenne wydruki w ostatnich minutach zbiegła po schodach.
Dokładnie, kiedy wyszła z klatki rozpadał się deszcz.
Jak zwykle miała pecha.
Nie mając już czasu na zawrócenie po parasolkę przytuliła wydruki i rzuciła się w kierunku szkoły. Deszcz siekł, wiatr dął, wydruki bezlitośnie mokły.
Po przyjściu do szkoły została przywitana wielkim uśmiechem przez sławetnego ciecia ("Gdzieś ty złapała takiego szuwarka?"). Po zamienieniu z nim kilku uprzejmych zdań (Dowiedziała się, że wygląda, jakby ją ktoś topił i podobno mu się udało) popędziła do miejsca prezentacji.
Szarpnęła za drzwi.
Szarpnęła po raz drugi.
Trzeci.
Wreszcie ktoś jej otworzył.
Podziękowała i wkroczyła do pomieszczenia.
Gdzie, nie oszukujmy się, grupa, która miała jej pomóc prawie wyłącznie się bawiła i czekało ją sporo roboty.
Doczekała przyjścia komisji panicznie wyuczając się na pamięć tego, co znalazła w odpowiednich źródłach.
~*~
Moth nie chciała pamiętać prezentacji. Nie chciała pamiętać, że nikt jej nie pomógł. Nie chciała przypominać sobie ostatnich dni, kiedy dowiedziała się, że to ona ma obowiązek to zrobić. Nie chciała pamiętać Kupy papierów wysokości męskiego kciuka, które musiała wczoraj przeczytać, żeby to jakoś wypadło. Nie chciała myśleć o osobie, która miała wręcz obowiązek jej pomóc, która powiedziała w najważniejszym momencie o sprawie do załatwienia i wyszła. Nie chciała pamiętać o tym, jak później zobaczyła tę osobę sączącą kawę w bufecie. Nie chciała pamiętać jak musiała dźwigać ciężary, bo pewien facet na sekundę przed momentem swojej przydatności, dla którego właśnie tam się znajdował po prostu wyparował. Nie chciała pamiętać ile rzeczy musiała robić jednocześnie, żeby jej grupa została zwolniona do domu.
Z czego ona nie miała żadnych korzyści.
Stała na przystanku i już dziesiątą minutę spędziła na myśli, że autobus się spóźnia.
Dodała czas w którym autobus miał przyjechać i czas jaki spędza na czekaniu na niego.
Minęła ją kolejna osoba, która rozsądnie, zdaje się, zrezygnowała z tego środka transportu.
Cofnęła się w głąb chodnika aż do siatki ogrodzeniowej, żeby uniknąć rozbryzgu nadjeżdżającego auta. Odniosła częściowy sukces.
Fakt, że jest po części obryzgana błotem, autobus nie przyjeżdża i, że oprócz niej czeka tam tylko wyraźnie niezainteresowana miejscem i czasem parka przeważył i ruszyła piechotą do szpitala.
uczulona-na-czekolade 2005-10-20 20:14:49
skomentuj (3)
Mądrości Tymbarkowej Wróżki.
Co do poprzedniej noty powiem, że warto było.

Zebrało się na Tymbark. Muza każe pisać notkę. Skoro już jest, to się nie sprzeciwiam i niech ma.
Pewnego razu wracałam ze sklepu obładowana siatkami. Lubuję się we wracaniu środkiem osiedla, gdyż mam wtedy dostęp do tak zwanej przeze mnie "Ściany Kotów". Ściana kotów jest prostopadłą do reszty osiedla ścianą pod którą zwyczaj mają siadać bądź leżeć różnorodne koty. Lubię koty.
Lubuję się też w wracaniu ukośnym chodniczkiem, by minąć mały drewniany z zewnątrz kiosk o kształcie stożka. Szpic dachu przypominał mi zawsze domek czarownicy. O ile czarownice mają okna z widoczkiem na czasopisma i kolorowanki dziecięce.
Jak się nad tym dłużej zastanowić moje zamiłowanie do ekscentrycznych domków i kotów może być dla niektórych niepokojące. Nie dla mnie. :]
Tak więc idąc do domu napotkałam na wgnieciony między chodnikowe płyty kapselek Tymbarku. Wrodzona ciekawość rozkazuje podnieść kapsel i zobaczyć, co jest na odwrocie. Nabyta ostrożność każe trzymać łapy z daleka. Przewracanie czegoś, co jest wgniecione między płyty nie jest rzeczą łatwą. Wobec tego decyduję się zaryzykować nagłą śmierć (jak sądzę) i podnieść rękoma.
"PILNUJ MNIE".
O ironio losu!

Kapsel został trzymany od mamy z daleka, by go nie wywaliła, co mamy mają w zwyczaju.
Wywaliła.
Zdobyłam nowy.
Noszę wiecznie w spodniach w tej małej kieszonce z prawej strony. Wreszcie wiem, po co istnieje.
uczulona-na-czekolade 2005-10-09 19:23:56
skomentuj (2)
Redemption Song
Old pirates yes they rob I
Sold I to the merchant ships
Minutes after they took I from the
Bottom less pit
But my hand was made strong
By the hand of the Almighty
We forward in this generation triumphantly
All I ever had is songs of freedom
Cause all I ever had redemption songs,
Redemption songs

Emancipate yourselves from mental slavery
None but ourselves can free our minds
Have no fear for atomic energy
Cause none a them can stop the time
How long shall they kill our prophets
While we stand aside and look
Some say it's just a part of it
We've got to fulfil the book


Won't you help to sing, these songs of freedom
Cause all I ever had, redemption songs
Redemption songs, redemption songs


Emancipate yourselves from mental slavery
None but ourselves can free our minds
Have no fear for atomic energy
Cause none a them can stop the time
How long shall they kill our prophets
While we stand aside and look
Some say it's just a part of it
We've got to fulfil the book


Won't you help to sing, these songs of freedom
Cause all I ever had, redemption songs
All I ever had, redemption songs
These songs of freedom, songs of freedom

Czasem trzeba się poświęcić nawet jeśli samemu trzeba deptać sobie po odciskach. Czego się nie robi dla przyjaciół, żeby kiedyś zobaczyli, że nimi jesteśmy.

Ja widzę związek.
uczulona-na-czekolade 2005-09-27 16:58:13
skomentuj (0)
Po dłuższej przerwie.
Blog.pl to jednak wredna rzecz. Piąty raz tę notkę piszę.
Punktacyjnie:
1. Zapuszczenie się na blogu nie jest precedensem rzadkim, więc nie będę się wstydzić.
2. Hasło zostało na jakiś czas zniesione, okazało się bowiem nadzwyczaj upierdliwe przy testowaniu szablonu.
3. Nowy szablon zainspirowany chocolate.com.

Mam nadzieję, że pewien piątek nie był najszczęśliwszym dniem mego życia i spotka mnie jeszcze wiele podobnych.
I tu znów punktacyjnie:
1. Zmiażdżyłam sobie palec, więc musiałam nosić gigantyczny bandaż, bo sięgający aż po nadgarstek. Wielce mnie on cieszył.
2. Warto wspomnieć, że był to środkowy palec. Był usztywniony, można się domyślić jaki stanowiła widok moja dłoń, kiedy chciałam zacinąć palce. Nie tylko mi wydawało się to zabawne.
3. W ramach odszkodowania za krwotoki, bandaże i niesmaczny widok mojego digitus medius dostałam przyzwolenia na założenie koszulki Pearl Jam należącej do mojego brata, który też się nie sprzeciwiał, gdyż było mu wszystko jedno.
4. Pierwszą lekcją była religia. Oglądaliśmy sobie na niej Bardzo Mądry I Pouczający Film, który to udowadniał, że Halloween jest wytworem szatana. Po seansie byłam świadkim następującego dialogu:
(o sataniźmie przejawiaącym się w Halloween)
Chłopak: udając przerażenie To było straszne!
Pani Katechetka: Tak! Tak to jest w krajach zachodu!
Chłopak: A w Polsce też?!
Pani Katechetka: Tak! To się rozprzestrzenia!
Chłopak II (nawiasem mówiąc palant): Bo coraz więcej metali jest!
Pani Katechetka: No właśnie!

Scenkę odtworzyłam Lokatej, która ostatnimi czasy stała się częstym gościem Zaułka Metali. Uśmiałyśmy się.
5. Pewna osoba ze względu na (jak sądzę) dżemowską koszulkę podeszła do mnie z pytaniem "Ej, ja nie chcę przeszkadzać, ale... Ty jesteś metalem?". Po kilku sekundach ciszy powiedziałam, że Pearl Jam to raczej nie metal. Z niewytłumaczalnej ekstazy mnie zatkało.

Oh, dark grin, he can't help, when he's happy looks insane, oh yeah... /"Even Flow" Pearl Jam

6. Cały czas padał deszcz, a ja bardzo lubię deszcz.
7. Z powodu ciągłych krwotoków palca zostałam zawieziona do szpitala, który okazał się rewelacyjnym miejscem. Pielęgniarki uciekały na mój widok, znieczulenie nie działało w czasie operacji, kroili mnie skalpelem, a ja się ciągle śmiałam toteż patrzyli się na mnie jak na Chucky.
8. Po powrocie do domu zostałam zaczepiona przez mamę, czy nie lepiej mi w "normalnych" ubraniach dumnie stwierdziłam, że w tej bluzce byłam bardzo szczęśliwa. Na dalsze przytyki dotyczące rozmiaru (było nie było- bluzka po starszym bracie) powiedziałam, że będzie trzeba mi kupić coś w moim rozmiarze i usłysałam "O! To jest dobre podejście!".
9. Czy mama wie, na co się zgodziła? :>
10. A kiedy się budzę (a lóżko mam pod sfitem) i obrócę główę w prawo widzę wściekle pomarańczowe pudło.
"Break Free" "Buty dla Ciebie"
Doczekam się.
uczulona-na-czekolade 2005-09-25 11:53:26
skomentuj (1)




* * *
Sama zrobiłam.
guest book
write
look

past
2005
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień


links

Media
Blind Guardian
Bundz
Losux
Tymbark -źródło kolekcji kapselków.
Pearl Jam Strona polska w całości poświęcona PJ
Gaiman Autor ukochanego "Neverwhere"
Terry Pratchett